Więcej o szkole na stronie http://www.xlo.pl

Recenzje uczniów X LO im. I.J. Paderewskiego w Katowicach
Opiekun: dr Lucyna Szczawińska


Jakobi i Leidental

Sztuka Jakobi i Leidental Hanocha Levina, w reżyserii Joanny Zdrady wystawiana na deskach Sceny Kameralnej Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego, opowiada historię dwóch czterdziestoletnich przyjaciół: Itamara Jakobiego (Artur Święs) i Dawida Leidentala (Andrzej Warcaba), którzy dotychczas lubili spędzać razem czas na grze w domino i popijaniu herbatki. Jednak gdy pewnego dnia Itamar uzmysławia sobie, „że urodził, się aby żyć”, stwierdza równocześnie, że jego kompan go ogranicza. Zrywa więc wszelkie kontakty, czerpiąc swego rodzaju przyjemność z upokorzenia odrzuconego Dawida, któremu na odchodne oświadcza, że są innego rodzaju. Uwolniwszy się od obciążenia przyjaźni, poznaje niezwykle żywiołową kobietę (fenomenalna Grażyna Bułka) i skuszony urokami jej ciała oraz poniekąd artystyczną duszą postanawia się z nią ożenić. Rychło jednak nadejdzie moment refleksji, a rzeczywistość, w którą rozpaczliwie wmiesza się Leidental okaże się zbyt skomplikowana i nie tak różowa jak powinna.

Podczas spektaklu z każdej strony atakuje nas komizm - w wyglądzie, słowach i gestach bohaterów, w śpiewanych przez nich rubasznych piosenkach, w każdej możliwej sytuacji. Lecz żartobliwy ton to tylko przykrywka, pod którą skryte są osobiste dramaty bohaterów. Każda z podejmowanych przez nich decyzji umotywowana jest strachem przed samotnością, niespełnionymi ambicjami czy pragnieniem bycia potrzebnym. Miłość i przyjaźń stanowią jedynie pretekst do znalezienia sobie punktu zaczepienia w życiu, czegoś co nada mu sens i wartość.

W realizacji sztuki zastosowano uproszczoną, symboliczną scenografię, stanowiącą jedynie tło dla ekspresji aktorów. Zmiany w niej wprowadzona postać niby-kataryniarza (Łukasz Guzy), niemego obserwatora wydarzeń, pojawiająca się w niektórych scenach, lecz nie biorąca czynnego udziału w akcji. Pozostali bohaterowie zostali przez odtwórców ich ról odegrani w sposób wiarygodny, właściwie przekazano wszelkie uczucia i rozterki. Również od strony muzycznej twórcy spektaklu zasługują na pochwałę, gdyż zarówno piosenki śpiewane przez aktorów jak i melodia z katarynki świetnie wpasowywały się w wydarzenia, budowały właściwy nastrój i pogłębiały przekaz emocji postaci.

Oglądając Jakobiego i Leidentala czas spędza się w sposób przyjemny, lecz niebanalny, gdyż spektakl ten poza rozrywką dostarcza również tematów do przemyśleń. Poruszając dość powszechne wśród ludzi problemy, zachowuje właściwą równowagę między dramatyzmem i komizmem i na długo pozostaje w pamięci.

Julia Liszka


BÓG MORDU Yasminy Rezy

Ostatnio częstym tematem sztuki jest tak bardzo obecne we współczesnym świecie zabijanie - różne odcienie nienawiści, barbarzyńskie zachowanie. Dręczy pytanie - co nami kieruje? Gdzie najlepiej spojrzeć w głąb człowieka i poznać jego specyfikę ? Oczywiście w teatrze. Spektakl w reżyserii Henryka Adamka doskonale nam to umożliwia.

Cała akcja rozgrywa się pomiędzy dwoma małżeństwami: Veronique i Michela oraz Annette i Alaina, które spotykają się aby załagodzić sytuację po bójce ich jedenastoletnich synów, w wyniku której jeden z nich stracił dwa zęby. W trakcie spotkania zmieniają kulturalne i dystyngowane oblicza, ujawniając swą prawdziwą naturę... Humor w tej komedii wybrzmiewa z czasem, dopiero po ogólnym zarysowaniu sylwetek postaci.

Widz obserwuje zatem pracoholika Alaina i jego przytłoczoną, za wszelką cenę próbującą zrobić dobre wrażenie żonę Annette, oraz ekscentryczną Veronique, swoją pasję upatrującą w fotografii i ludach afrykańskich a także jej męża, który tylko z pozoru wydaje się spokojnym człowiekiem.

Aktorzy doskonale sprostali wyzwaniom swoich postaci. Choć moim zdaniem warto wyróżnić w tym miejscu Barbarę Lubos. Uważam, iż postać Veronique była najbardziej złożoną oraz wymagającą, z czym aktorka poradziła sobie fenomenalnie. Bohaterka zmagająca się z alkoholizmem, prezentowała niezwykłą odmianę charakteru, wahając się między nastrojami, odkrywała powoli swą wrażliwość.

Wraz z nurtem wydarzeń sytuacja staje się coraz bardziej napięta, aż w końcu wybucha. Zaczynamy odnosić wrażenie, że osoby - wydawałoby się - sobie bliskie tak naprawdę się nie rozumieją. Zdzierając maskę kurtuazji, bohaterowie na przemian obnażają przez nami, ale i przed sobą, gorzką prawdę. Jednocześnie druga, z pozoru bardzo odmienna, para stanowi odbicie ich własnych problemów i uczuć. Trzymane w ryzach bóle zaczynają uciekać spod kontroli właścicieli, którzy przechodzą swoiste katharsis. Dzięki temu możemy obserwować histerię, śmiech, wściekłość, odrzucenie. Tak pokaźnym ładunkiem emocji można by obdzielić niejeden dramat.

Spod nawału nieszczęść i niesnasek wyłania się komizm. Poprzez pozorną uprzejmość, dzwoniący w "strategicznych momentach" telefon komórkowy Alaina, niespodziewane wybuchy śmiechu, zgryźliwość postaci, czy przekomiczną sytuację z chomikiem Michela. Choć to oczywiście tylko niektóre elementy, wywołujące salwy śmiechu. Gorzkiego… Ogromne słowa uznania należą się reżyserowi Henrykowi Adamkowi, który z ciężkiego oraz trudnego materiału potrafił wydobyć komiczny potencjał.

Duże wrażenie zrobiła na mnie scenografia Wojciecha Jankowiaka. Na pierwszy rzut oka dosyć oszczędna. W niej jednak znajdziemy wszystko, czego potrzeba. Stanowi doskonałą, dobrze dopracowaną konstrukcją, w której żaden rekwizyt nie jest przypadkowy. Od początku szczególną uwagę zwracamy na duży wazon żółtych tulipanów, który elektryzuje nas coraz bardziej, w miarę rozpędzającej się akcji. Wydaje się, iż akurat w tej sztuce rekwizyty nabierają nowego znaczenia i wyrastają poza swoje zwykłe powinności.

"Boga mordu" możemy rozpatrywać na kilku poziomach. Relacji małżeńskich, relacji międzyludzkich, kwestii wychowawczych oraz osobistych problemów natury psychologicznej. Zachęcam do obejrzenia tej inteligentnej komedii. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie i tak jak bohaterowie, po części odkryje w sztuce swój obraz, kapitalnie się przy tym bawiąc.

Ewa Mikuła


„Stacja Solaris do przybysza…”

Biały korowód kabli z wpatrującymi się we mnie czerwonymi oczami oplatał salę w bezwładnym chaosie. Tak przywitała mnie scena kameralna w teatrze im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Niebawem miał się tu rozegrać dramat „Solaris” na podstawie powieści Stanisława Lema w reżyserii Jarosława Tumidajskiego.

Spektakl opowiada o losach młodego psychologa Krisa Klevina, który przybywa na stację Solaris, zawieszoną gdzieś na oceanie cytoplazmatycznym. Od razu jednak czekają na niego ponure wieści. Szef placówki Gibarian popełnił samobójstwo, a współtowarzysze Snaut i Sartorius wykazują poważne symptomy obłędu. Niebawem do Krisa przybywa niezapowiedziany gość, zmarła żona Harley…

Osoba niezaznajomiona z twórczością Lema może na początku spektaklu trochę gubić się w całej nieco zagmatwanej, pełnej niedopowiedzeń akcji. Jednak wprowadzeni w ten kosmiczny świat z perspektywy Kelvina szybko poznajemy mające miejsce skomplikowane procesy i emocjonalnie identyfikujemy się z bohaterami.

Sztuka brutalnie wywleka z nas to, co najgorsze, nasze skrywane lęki, pragnienia, które jednocześnie chcemy odrzucić z obrzydzeniem. Obserwujemy i przeżywamy to, jak człowiek radzi sobie ze swoimi dzikimi, najgorszymi instynktami, wznosząc się na wyżyny człowieczeństwa, jednocześnie obnażając swoją bezbronną i czułą naturę. Nie jesteśmy odcięci od akcji, nie śledzimy jej tylko z dystansem właściwym suchej analizie, ale całymi sobą w niej uczestniczymy. Oczywiście możemy taki wariant odrzucić. Potraktować to chłodno. Myślę jednak, że wtedy nie bylibyśmy w stanie w pełni zrozumieć dzieła. Gatunek science fiction może sprawiać wrażenie abstrakcyjnego. Nic bardziej mylnego. Bowiem najbardziej urzekający jest jego uniwersalizm, wiadomość skierowana dla każdego z osobna, każdego kto z tak wyczekującym spojrzeniem śledził rozwój wydarzeń w miękkim fotelu sceny kameralnej.

Kto pomógł przetworzyć tusz kartki na dźwięczne i mocne wyrazy, padające potokiem słów tamtego wieczoru?

Największe wrażenie wywarł na mnie Grzegorz Przybył. Doskonale przedstawił wyrazistą postać Snauta, uwypuklając jego cechy. To z ust tego bohatera padały największe mądrości życiowe. To on, niczym antyczny grecki filozof, zadawał pytania Kelvinowi, na które odpowiadaliśmy wszyscy. Sceny z Przybyłem były bardziej wyraziste i zaskakujące. Jednak jego postać nie zdominowała całości, nie rzuciła się z całym impetem na resztę, przyćmiewając ją.

Bartosz Kamiński, moim zdaniem, dobrze sprawdził się w swojej roli, idealnie wczuł się w postać młodego naukowca. Podobnie Karina Grabowska. Postać przez nią grana pozwoliła aktorce ujawnić swój talent i ukazać go zaintrygowanym widzom. Z niesamowicie złożonej postaci Harley wydobyła to, co najistotniejsze. W niektórych scenach, mimo iż ostrych w środkach, brakowało namiętności i specyficznej intymności. Niemniej jednak odczucia bohaterów były dobrze przekazane, a widz nie mógł odczuwać niedosytu, nawet mimo tych drobnych niedociągnięć całokształt prezentował się znakomicie. Wszyscy aktorzy idealnie ze sobą współgrali, niczym przysłowiowa dobrze naoliwiona maszyna. Każda emocja znajdowała odpowiedź w następnej, a każda kwestia doczekała się odzewu.

Scenografia współpracowała z aktorami, tworząc w przedstawieniu nie tylko tło, ale pełnoprawną, funkcjonalną całość. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie masa plastikowych butelek oraz niezliczona ilość przedłużaczy, zapewne mających oddać całą skomplikowaną technologię oraz pewną cyfrowość obrazu scenicznego. Elementy nagrań wypowiedzi innych aktorów wplecione w scenariusz dobrze uzupełniały całość. Dekoracje, wykonane głównie z plastiku, sprawiały wrażenie „surowych”. Jedyną, jak się zdawało, „żywą” istotą w scenografii była roślina doniczkowa. Dodawała szczyptę zieleni do tego plastikowo - białkowego krajobrazu, jakby przybywała z obcego ludzkiego świata. Uważam, iż Mirosław Kaczmarek, sprostał doskonale nie tak łatwym wymaganiom gatunku, jakim jest science fiction.

Żółta mgiełka powlekająca ciało… zagadkowa nuta powoli sącząca się z głośników w rytmie kroków. Dłoń obejmująca ciało, krok… krok… usta przy uchu , usta przy ustach… melodia dalej trwa, pozwalając gęstnieć chwili…

Ten specyficzny klimat stworzyły właśnie one: muzyka i światło. Sprawnie i bez zbędnych zgrzytów pozwalały przejść od namiętności i tęsknoty do zmechanizowanego świata liczb i nauki.

Spektakl „Solaris” zapada głęboko w pamięć. Niesamowite tworzywo, jakim jest twórczość Lema, dobrzy aktorzy, świetna scenografia, muzyka i rzetelne podejście reżysera do tematu, uzupełniając się, tworzą wspólnie mieszankę elektryzującą.

A co najważniejsze, „Solaris” nie pozostawia nas obojętnymi, narzuca nam pewne refleksje. Pozwala choć na chwilę stać się przybyszami, a nie tylko szarymi konsumentami rzeczywistości.

Ewa Mikuła


Włosko na wskroś

„Poskromienie złośnicy” w Teatrze Śląskim ogląda się z dużą przyjemnością! Doskonały klimat stworzył Tadeusz Bradecki, reżyser sztuki, wysyłając wszystkich odbiorców do Włoch. To spektakl, który przenosi nas na południe Europy już w chwili wejścia na salę teatralną. Zanim zabrzmi trzeci dzwonek, rozpoczynamy swoją podróż. Tłem spektaklu - monstrualna reprodukcja „Narodzin Wenus” Botticellego, Usta Prawdy, z prawej kulisy wyrasta krzywa wieża z Pizy, a na brzegu sceny siedzi para najmłodszych aktorów – niczym aniołki wyjęte z obrazu Rafaela Santi. Dalej pod względem scenografii jest jeszcze lepiej – stylowe, przywodzące na myśl gorące lato Florencji, dekoracje uzupełniane przejazdami włoskich skuterów to dzieło Urszuli Kenar.

Czymże jednak byliby Włosi bez śpiewu? Piosenka zatem towarzyszy nam przez cały czas trwania spektaklu, od typowo biesiadnego, wykonywanego przez wszystkich aktorów „Cantare”, po świetne interpretacje solowe Anny Kadulskiej. W ogóle, całe opracowanie muzyczne spektaklu, za które odpowiedzialny jest Andrzej Marko, tworzy cudowną kanwę dla opowieści.

Tekst w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka daje ogromne pole do popisu aktorom. Wykorzystują to w pełni, bawiąc do łez. Intrygi, które zaplanował Szekspir dla Katarzyny, Bianki, Lucienta, Hortensja, Trania, Gremia i Petruccia przeplatają się ze sobą, zabawne zbiegi okoliczności wypełniają fabułę, a umiejętnie prowadzony spektakl staje się po prostu zbyt krótki – chcemy jeszcze!

Monika Radziwon, w roli Kasi – Złośnicy, wraz z Grzegorzem Przybyłem, Petrucciem, zadziwiają ekspresją. Złośnica bardzo charakterystyczna, krzykiem jest w stanie zdziałać wiele, ciarki przechodzą po plecach, gdy tylko Monika Radziwon podniesie głos. Z kolei Grzegorz Przybył zamienia się w Petruccia, który przywołał we mnie obraz wyjątkowo nieposkromionego i imprezowego rock'n'rollowca, a w bokserkach w serduszka wygląda po prostu uroczo.

Zapada jeszcze w pamięć kreacja Andrzeja Warcaby. Inny rodzaj śmieszności niż ten, który oglądaliśmy ostatnio w „Barbarze Radziwiłłównie...” znajdujemy w postaci aktora - ale na pewno nie mniej doskonały. Gapa Grumio towarzyszy swojemu panu Petruccio zawsze i wszędzie, bez wyjątku wywołując samą swoją obecnością na scenie nasz uśmiech, a często gromki śmiech.

Pod koniec spektaklu śmiech widzów jest właściwie nieprzerwany. Gdy na scenie tworzy się mały ring bokserski; w środku Kasia i nowa narzeczona Gremia toczą bitwę na słowa, a panowie niewybrednie zagrzewają je do dalszej „walki”. Po ostatnim monologu Kasi okazuje się jednak, że nie do końca Złośnica została okiełznana, a raczej, że była sprytniejsza od swojego męża – aniołki wnoszą na scenę wymowne złote poroże jelenia...

Rzadko zdarza się, żeby mówić w recenzji o tym, jak wygląda program – tym razem jednak warto. Bo począwszy od okładki, która przedstawia odświeżoną Wenus w glanach i na skuterze, aż po urywki Barańczaka dotyczące samego tekstu i trudności translatorskich związanych z Szekspirem - po prostu ładna rzecz.

Nie ma w tym spektaklu nic, co dałoby się zrobić lepiej. A nawet gdyby – nie ma potrzeby, naprawdę jest wystarczająco dobry.

Natalia Tomaszek


Jordan

Tekst Anny Reynolds i Moiry Buffini przedstawia historię młodej matki, która morduje własne dziecko w przypływie szaleństwa. Dziewczyna niekochana, samotna, zagubiona w świecie, zaszczuta przez rzeczywistość i własne koszmary radzi sobie z życiem tak jak potrafi. Że radzi sobie marnie – zauważamy z upływem spektaklu. Jordan nazwano wiwisekcją duszy – rzeczywiście, wypruwa się bohaterce duszę i kroi ją na kawałeczki na oczach widowni. Ale ja nazwałabym sztukę raczej studium szaleństwa; krok po kroku, po równi pochyłej razem z Shirley staczamy się w same odmęty obłędu.

Reżyser, Grzegorz Kempinsky, jak sam powiedział, sięgnął po ten tekst z potrzeby innego teatru, antyteatru. Właśnie to widzimy na scenie. Teatr jest tu niezauważalny, przenosimy się po prostu w wir myśli, wspomnień, czucia. Miałam wrażenie, że jestem w konfesjonale i wysłuchuję spowiedzi, albo że czytam list samobójczyni Shirley, w ostateczności, że zamknięto ją w ograniczonej przestrzeni reality show i mam ją przed sobą na talerzu, taką bezbronną, z bebechami emocji na wierzchu – a nie że oglądam spektakl. Taką intymność wykorzystała w pełni Ewa Kutynia, odtwórczyni jedynej roli w Jordan. Gdy na scenie pokazuje widzom Shirley, wierzę jej w stu procentach, we wszystko co mi opowiada. Fenomenalna kreacja pozwala wybaczyć fakt, że niektóre fragmenty nieco się ciągną i dłużą – takie aktorstwo możemy oglądać zawsze. Jednym z bardziej przejmujących momentów sztuki jest chwila, gdy Shirley tuli do piersi obskurny taboret – o tyle metaforyczna, o ile przejmująca dzięki oszczędnemu aktorstwu, które skłania się bardziej ku wewnętrznej kontemplacji, niż przytłaczającej ekspresji.

Sterylność scenografii Małgorzaty Ptok zostawia mnóstwo przestrzeni dla samej sztuki. Białe ekrany jarzą się światłem, przygasają, oślepiają, reagują na wszystko, co dzieje się na scenie, dopowiadają jakby to, czego nie usłyszymy. Spektakl ubrany jest w minimalistyczną konwencję. A raczej – z konwencji jest rozebrany. Rozebrany do nagości wręcz, bo czysty, pozbawiony jakiegokolwiek piękna ból egzystencji leje się ze sceny strumieniami. Tym, co znacząco niekorzystnie odróżnia się od podjętej stylistyki jest zakończenie sztuki – patetyczne, z ogłuszającą wręcz (zapewne mającą wzruszyć) muzyką i przygasającymi światłami jest kiczowate.

Niemniej jednak, sztuka prowokuje nas do zajęcia stanowiska. Mnie osobiście nie tylko było żal bohaterki. Wychodząc ze Sceny Kameralnej, miałam w pewnym sensie poczucie winy. Żyjemy w społeczeństwie na tyle anonimowym, że przejmuje nas dramat teatralny, gdy wobec rzeczywistego pozostajemy jakże obojętni... Przytłaczająca jest świadomość, że tekst oparty jest na faktach.

Natalia Tomaszek


Trzy po trzy

„Trzy po trzy” to tytuł przedstawienia, którego premiera miała miejsce 9 stycznia w Teatrze Śląskim. Jego reżyserem był Rudolf Zioło, Bolesław Rawski zajął się muzyką, a odpowiedzialność za scenografię spoczywała na Robercie Rumasie. Spektakl powstał na podstawie pamiętnika Aleksandra Fredry pod tym samym tytułem. I choć autor jednoznacznie kojarzony jest z komediami, pamiętnik ma nieco odmienny charakter. Stąd pojawiają się wątpliwości, czy organizatorzy festiwalu dokonali słusznego wyboru, decydując, że sztuka ta, otwierając II Katowicki Karnawał Komedii, będzie jego główną wizytówką. Szczególnie, gdy przeczyta się wypowiedź pani Igi Gańczarczyk, która dokonała adaptacji: „Pamiętniki pokazują Fredrę z zupełnie innej strony, bo rzeczywiście kojarzy nam się on przede wszystkim z tym humorem, który znamy z komedii, natomiast pamiętniki są…gorzkie. I bardzo dużo jest w nich takiego gorzkiego rozrachunku z historią”.

Rudolf Zioło sprezentował nam na scenie naprawdę trudny orzech do zgryzienia, nie była to sztuka „lekka, łatwa i przyjemna”. Oczywiście, da się znaleźć kilka perełek, które zasługują na salwy oklasków, ale nietrudno jest również zauważyć złe posunięcia, które zaszkodziły przedstawieniu - i to z całą pewnością. Dlatego właśnie „Trzy po Trzy” można ochrzcić spektaklem zmarnowanych szans. Jakże wiele komedii opartych było na takim właśnie „gorzkim” poczuciu humoru. Sęk w tym, że aby całe przedsięwzięcie wyszło, potrzeba sporej dawki ironii, uszczypliwych, inteligentnych tekstów i przede wszystkim - odpowiedniej koncepcji, pomysłu na sztukę. A właśnie tego, moim zdaniem, zabrakło w „Trzy po trzy”. Oglądając spektakl, miałam wrażenie, że składa się on z pojedynczych, niekorespondujących ze sobą bezpośrednio scen, z których tak naprawdę niewiele wynika.

Do tych lepszych można zaliczyć sam początek - przedstawienie postaci (żołnierz samochwał, kretyn erudyta, pisarz ironista, mizantrop, filozof sceptyk, Polak katolik) w taki sposób, jaki wymyślił Zioło, mogło zrobić duże wrażenie. Każdy z nas był w stanie odnaleźć samego siebie przyczepionego do krajobrazu Polski – sielskiej, anielskiej. Taka karykatura zwiastowała coraz to lepsze sceny. I tak kolejną, godną zauważenia, sceną był budzący kontrowersje, ale jakże sugestywny, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, przedstawionej celnie jako „Madonna Kartoflana”, hybrydyczne bóstwo polskiej prowincji mentalnej. Znakomitą rolę odegrała tu Alina Chechelska. Grzechem niewybaczalnym byłoby niewspomnienie o pozostałych aktorach. To oni uratowali przedstawienie. Siedmiu mężczyzn na scenie, parę krzeseł, żadnej scenografii, praktycznie brak muzyki, a jednak - ich mimika, gestykulacja, ruch sceniczny, pełne zaangażowanie mogły sprawić, że chciało się oglądać - choćby dla nich samych. Trudno się powstrzymać, żeby nie wymienić ich nazwisk: Łagodziński, Dopierała, Kuczera, Przybył, Rachoń, Rolnicki, Święs, Wizner – po prostu szczęśliwa siódemka. Niestety, jak mówi stare dobre przysłownie „nie chwal dnia przed zachodem słońca”.

Dalej nie brakowało więc współczesnych odniesień do dawnych wydarzeń historycznych. Przykładom faktów, zdarzeń z przeszłości nie było końca, jednak wszystko tak pomyślane, by widz czuł się bardziej skrępowany, niż zyskał prawdziwy dystans do swoich, bądź co bądź prawdziwych, wad narodowych… Reasumując - najpoważniejszym zarzutem, jaki można postawić temu spektaklowi, jest brak ciekawego, inteligentnego tekstu/tekstów, mówiących prawdę o nas dzisiejszych. Tylko ich dialog z bazowym utworem Fredry mógłby zaiskrzyć jakąś odkrywczą i teatralnie wygraną historią. Tak się niestety nie stało.

A może o to właśnie chodziło? By w sceniczny sposób zaprezentować, na czym polega powiedzenie „pleść trzy po trzy”?

Agnieszka Kasztalska


W nastroju po dwunastu butelkach jałowcówki

Śmiać się – pomimo obnażania krzywych zębów albo pogłębiania się zmarszczek mimicznych? Lubimy. Zadumać się, lirycznie podejść do codzienności albo nawet, o czym już śpiewała Roberta Flack, usłyszeć w piosence o swym życiu? Lubimy. Wspominać, wracać do przeszłości i zamieniać w ją teraźniejszość - też. W związku z tym, muzyczno-kabaretowy spektakl Teatru Śląskiego „Dwanaście butelek”, który łączy to wszystko w całość, jest strzałem w… dwudziestkę i na szóstkę. Henryk Konwiński w „Dwunastu butelkach” umieścił dwadzieścia dojrzałych, słusznych rocznikiem utworów, pochodzących głównie z repertuaru kabaretu Dudek, porozdzielał pomiędzy sześciu aktorów, dla których, jak przypuszczam, była to jedna z niewielu szans, aby popisać się swym talentem wokalnym (zostaliśmy już niejako przyzwyczajeni do tego, że teatr to słowo mówione, nie śpiewane), i poczęstował widzów. Zmierzenie się z kultowymi skeczami, piosenkami zawsze jest nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, że większość z nas ma wciąż w pamięci tamte stare, oryginalne, wykonania i często (nawet podświadomie) porównuje je z nowszymi aranżacjami. Dlatego też, zespół pracujący nad wieczorem kabaretowym w Teatrze Śląskim nie mógł sobie pozwolić ani na działania o charakterze całkowicie odtwórczym, ani tym bardziej takie, przez które piosenki i skecze straciłyby swój dawny urok. Umiaru, znalezienia złotego środka należałoby zatem pogratulować nie tylko reżyserowi, ale także doświadczonemu scenografowi, Andrzejowi Witkowskiemu. Zazwyczaj w przypadku występów kabaretowych, piosenki aktorskiej do zaspokojenia potrzeb estetyczno-artystycznych wystarcza odpowiednio ucharakteryzowany artysta, parę drobnych rekwizytów i… pusta scena. W przypadku „Dwunastu butelek” byli i świetnie prezentujący się (wokalnie, aktorsko i wizualnie) artyści, i rekwizyty. Scenę Kameralną zapełniły [jak to nazwać?] ramy… A jednak scenografia, mimo moich wcześniejszych obaw, okazała się bardzo trafiona – nie tylko była urozmaiceniem widowiska, jego dopełnieniem ale stanowiła integralną częścią choreografii. Przede wszystkim zaś - nie przyćmiewała aktorów, do których w końcu należało te kilkadziesiąt minut.

Jaki dokładnie jest po dwunastu butelkach jałowcówki nastrój, nie sprawdziłam. Mimo to domyślam się, że odzwierciedla go dobór utworów w spektaklu: albo jest poważnie, melancholijnie, a nawet smutno, albo zabawnie, lekko i przyjemnie. Przed osobą, która się w dany nastrój wprawiła, a która to chce nim zarazić abstynenckie towarzystwo, stoi trudne zadanie. Jeszcze trudniejsze – przed kimś, kto jedynie gra.

W pierwszym programie kabaretu Bellmer widz spotyka się z całą gamą zróżnicowanych pod względem wieku, płci, osobowości postaci. Aktorzy, jak przystało na artystów występujących na deskach teatru, nie mieli problemu, aby odnaleźć się w swoich rolach. Adam Baumann, który objawił się jako gospodarz wieczoru, a pożegnał jako elegancki mężczyzna tęskniący za inteligencją, najsilniej zapadł chyba jednak w pamięć jako pijaczyna kosztujący tytułowe dwanaście butelek jałowcówki. Mimowolnie - mając w pamięci wersję oryginalną - porównywałam wykonanie skeczu z jego nową aranżacją. Artysta z kabaretu Bellmer zdawał mi się być doskonalszym pijaczkiem, na co z pewnością miała wpływ sama jego osoba (choć w innych wcieleniach był to nie ten sam człowiek) i, rzecz jasna, kunszt aktorski. Grzegorz Przybył, mimo że zaprezentował się całej widowni jako pszczółka z tej najlepszej strony – choć, czy trafi z tym talentem akurat do nieba, pewna nie jestem, bo pszczołą jest piekielnie udaną - i pięknie o pięknie (Skandynawii…) opowiadał, serca, zdaje się, podbił jako „kochany” zięć ratujący teściową.

Lekkiego repertuaru nie miała jednak ani Ewa Leśniak, ani też Krystyna Wiśniewska. Aktorkom przypadły w głównej mierze role kobiet po przejściach, co, jak było widać i słychać, okazało się trafione. Panie nie tylko nie miały w wykonywaniu utworów problemów o charakterze interpretacyjnym, ale także świetnie spisywały się wokalnie, wzbogacając tym samym cały program artystyczny przyjemnymi dla ucha dźwiękami. Nie sposób nie wspomnieć także o występach aktorów młodego pokolenia, a więc o Marcinie Szaforzu, który co rusz zdawał się zarażać publiczność emitowaną energią, pasją, a także o uwodzicielskiej w każdym calu Dorocie Chanieckiej, przeciwieństwie poważnych pań po przejściach i scenicznej „iskierce” dodającej programowi kabaretowemu uroku.

Gwiazdką przebłyskującą zza fortepianowej chmury była dla mnie tego wieczoru Ewa Zug, której nie tylko zawdzięczamy muzyczną poprawność, „oswojenie” z dźwiękami mistrzów słowa mówionego (jako że była odpowiedzialna za przygotowanie wokalne), ale także akompaniament, oprawę muzyczną, które w każdym spektaklu mają znaczącą, choć jakże często niedocenianą, rolę. „Dwanaście butelek” jest z pewnością delikatnym ukłonem w stronę społeczeństwa wybierającego, bądźmy szczerzy, mniej ambitne formy rozrywki niż dramaty na deskach teatru. I choć nie przyniesie raczej wielkich uniesień, łez wzruszenia lub śmiechu, które zagwarantować może klasyczna sztuka, jest sposobem na mile spędzony wieczór z „kawałkami”, które wspominamy z sentymentem.

Katarzyna Tomaszewska


Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna – Szczakowej

W 2007 r. ukazała się kolejna książka Michała Witkowskiego - oryginalnego, młodego polskiego twórcy pt. „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna - Szczakowej”. Po roku doczekała się swojej interpretacji scenicznej w Teatrze Śląskim. Adaptacją, reżyserią oraz opracowaniem muzycznym zajął się Jarosław Tumidajski, scenografią i kostiumami – Mirosław Kaczmarek. Tytułową rolę Barbary Radziwiłłówny gra Andrzej Warcaba (tak, tak, Barbara to mężczyzna!), w pozostałych rolach występują Anna Kadulska, Monika Radziwon, Karina Grabowska, Michał Czarnecki, Andrzej Lipski i Marcin Szaforz. Premiera spektaklu odbyła się w piątek 5 grudnia na Scenie Kameralnej.

Barbara Radziwiłłówna (pseudonim nadany bohaterowi z racji jego upodobania do pereł), lub po prostu pan Hubert, to gorliwy katolik, Żyd z pochodzenia, znany w całym Jaworznie - Szczakowej „biznesmen, zajmujący się po kolei wszystkim, co tylko może przynieść zysk. Lombard, cinkciarstwo, budka z zapiekankami, kino – video to tylko kilka z jego pomysłów na życie w czasach rodzącej się gospodarki wolnorynkowej i ogólnych przemian po epoce komunizmu. Pewnego dnia Barbara ma wizję, w wyniku której decyduje się na pielgrzymkę do Lichenia... Przyznam od razu, że nie znam książkowego oryginału tej historii. Być może to dobrze, bo nie śledziłam fabuły w sposób kontrolujący w każdej minucie zgodność z utworem literackim. Co zatem wiedziałam o „Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna - Szczakowej” Witkowskiego? Tylko tyle, że wzbudza kontrowersje i tym samym zmusza do refleksji. Do teatru szłam więc z wielkimi nadziejami i zwyczajną ciekawością, co też zobaczę na scenie. Na początku, jeszcze przed rozpoczęciem się spektaklu, moją uwagę zwróciła oszczędność scenografii, która naturalnie pozwala skupić się na samej akcji. Ta nie jest jednak porywająca. Co oczywiście nie znaczy, że nieciekawa. Jesteśmy bowiem świadkami swoistej spowiedzi głównego bohatera, który opowiada historię swojego życia. Robi to w sposób często wulgarny, bardzo dosadny, choć zdarza mu się również swoje wywody przeplatać poetyckimi cytatami i słowami pełnymi patosu. Pan Hubert popada w skrajności – nie tylko w mowie, również w zachowaniu. Doskonałym przykładem może tu być scena, w której opowiada o głębokiej wierze w Boga i szczególnym umiłowaniu Matki Bożej oraz… żarliwej modlitwie o zesłanie na swojego konkurenta w interesach śmiertelnej choroby. Ta hipokryzja, dwie twarze bohatera mogą intrygować, bawić lub irytować. Trudno mi powiedzieć, jakie uczucia wzbudziły we mnie – oczywiście prócz zamętu w głowie. Śmiałam się jednak, kiedy „chłopcy na posyłki” Barbary tańczyli w rytm tandetnej muzyki lat 90 lub kiedy słyszałam z ust któregoś z bohaterów co bardziej trafne, a raczej niewybredne hasło oceniające rzeczywistość. Z drugiej strony pytałam sama siebie: czy jest się z czego śmiać? Świat przedstawiony w spektaklu wcale nie jest taki zabawny. To ciągła walka o przeżycie, dostosowanie się do nowych warunków, przestawienie swej mentalności na nowoczesną modłę. Przy czym nasz bohater nie cofa się przed niczym, żeby się przystosować – nie ma nic przeciwko drobnym oszustwom, nieuczciwości – twarde prawa rynku w jego mniemaniu zezwalają na wszystko. Również inni bohaterowie, pojawiający się na scenie próbują jakoś egzystować w nowych czasach. Na próżno jednak szukać wśród nich jakiegoś pozytywnego wzorca – mafiozo, nimfomanka, zimna i bezwzględna „kobieta sukcesu”, chuligan stadionowy, nastolatka w ciąży to właściwie parada postaci uosabiających wszystkie negatywne zjawiska pojawiające się w naszym kraju. Co więcej, korespondują na scenie z licznymi symbolami polskości, szczególnie historycznymi, np. szejk Amal ubrany w staropolski, szlachecki strój, czy chociażby tradycja pielgrzymek do sanktuariów maryjnych (tu – wyprawa Barbary do Lichenia). Świetna gra aktorów, zwłaszcza Andrzeja Warcaby, który doskonale wcielił się w rolę nieco niezrównoważonego, zagubionego, pełnego sprzeczności pana Huberta, bardzo sugestywnie pokazała te kontrasty, różnorodność społeczną w naszym kraju na przełomie wieków. A dodatkowo nad wszystkim wisi mroczne widmo nadchodzącej w 2000 roku wielkiej katastrofy. Jak widać ta wizja świata nie napawa optymizmem.

W spektaklu widoczna jest ogromna wręcz rozbieżność między formą – często satyryczną, groteskową, wywołującą na sali kolejne salwy śmiechu, a treścią – traktującą o poważnych sprawach, rozrachunku z przeszłością, planach na przyszłość i braku „dobrych” perspektyw. Jest to oczywiście bardzo ciekawe rozwiązanie i na scenie i na kartach powieści (bo zakładam, że podobnie jest w książce Witkowskiego), ale rodzi się tu jednak obawa, że widz może za bardzo skupić się na formie i sposobie kreowania fabuły, co może wziąć górę nad treścią, faktycznie zmuszającą do refleksji. A myślę, że szkoda byłoby, gdyby spektakl pozostał w pamięci widzów jedynie jako skład śmiesznych haseł głównego bohatera i wygibasów w rytm „Koko Dżambo”.

Perypetie Huberta - Barbary, w gruncie rzeczy bardzo zaradnego mężczyzny, na tle transformacji ustrojowej na przełomie lat 80 i 90 mają w sobie coś autentycznego, jakąś prawdę o nas samych, o naszych wadach, lękach. A może nie o nas, tylko o naszych rodakach ? Przecież sami nie przyznamy się, nawet przed sobą, ile to w nas czasami Barbary Radziwiłłówny.

Joanna Brom


„Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie”
Recenzja spektaklu teatralnego „Ubu, słowem Polacy” w reżyserii Laco Adamika

Na deskach teatru Wyspiańskiego mieliśmy ostatnio okazję oglądać wyjątkowy spektakl w ponad sto lat od pierwszego (i na wiele lat ostatniego) jego wystawienia. Skandalizujący dramacik, od razu po swej nie mniej skandalizującej prapremierze został żywcem przeniesiony w sferę legendy. Zarazem infantylne, surrealistyczne i absurdalne przedstawienie było prztyczkiem w nos dla ówczesnej paryskiej awangardy i bohemy, tym dotkliwszym, iż wymierzonym przez nastoletnie, smarkate chłopię – Alfreda Jarry’ego, który wówczas miał jeszcze mleko pod nosem. Owo prześwietne dzieło, kultowe w wielu kręgach to „Ubu Król, czyli Polacy".

Tekst, pełen neologizmów i aluzji do stylu szekspirowskiego, operuje wyświechtanymi do granic możliwości motywami. Mamy tu żądzę władzy, upadek systemu, przewrót, iście „wywrotową” ideę polegającą na zgładzeniu poprzednika, chytrość, chytrość i może jeszcze odrobinę chytrości. Motywy, które grzeją ludzkie serca od początku egzystencji społeczności plemiennych.

Ubu sprawuje rządy i dyryguje z własnego barłogu (co implikuje szereg skojarzeń okołoliterackich, wzbudzając konotacje z apatycznym Bohaterem Kartoteki Różewicza). Dzierżąc w dłoni szczotkę klozetową, jest uosobieniem żałosnej śmieszności świata, całej jego groteski. Były rotmistrz dragonów jest konglomeratem najbardziej niskich instynktów i prymitywnego egoizmu. Po sarmacku pyszny, rubaszny niczym Pantagruel. Do tego złośliwy i uszczypliwy. Litanią jego wad można by zapełnić niejedną stronicę. Bez większych przeszkód znajduje kamratów, którzy ochoczo będą wykonywać jego rozkazy, a i jeszcze nadstawią karku, kiedy będzie trzeba. Nasz Ubu za to wyręcza się nimi przy każdej okazji; morderstwo inicjuje depcząc Wieńczyzwisa w piętę, czym daje znak kompanom, by dokonali dzieła, a gdy jego towarzysze są w opałach, wygłasza modły udając się w ustronne miejsce, z dala od całego zamieszania. Puszy się przy tym i uważa, iż należą mu się honory. Do cna tchórzliwy, do granic leniwy, ostatecznie zepsuty. Tak nieszlachetną postać zagrał Adam Baumann, który całkowicie zrósł się z rolą. Miejscami apatyczny, mimiką doskonale wyraża zarówno głupotę, jak i zawziętość. Wykreowana przez reżysera banda Ubu to zbiorowisko wichrzycieli i społecznych męt, aby nie rzec przypadkowo zebranych kumpli spod budki z piwem. Konsekwentnie w strojach dominuje ciężkie obuwie, skórzane płaszcze i ciemne, brudne kolory, w opozycji do nieskazitelnego grona aniołków Wieńczyzwisa - świta jego królewskiej mości przypomina raczej pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych. Delikatne koronki, zwiewne sukienki, falbany i kryzy utrzymane w tonacji monochromatycznie śnieżnobiałej - na pierwszy rzut oka kreują atmosferę absolutnej niewinności. Jednak jest to niewinność dziwnie opętańcza i wynaturzona, co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Baranki bez zmazy otaczają króla, ale widz ma wrażenie, że odpowiedniej byłoby wysłać ich wszystkich do czubków, skąd z pewnością zbiegli.

Należy jednak oddać sprawiedliwość Ubu, iż jest podjudzany przez swoją żonę, kobietą fatalną, pozbawioną skrupułów, wyrachowaną. To ona, niczym Lady Makbet, sączy jad w jego uszy i popycha do zbrodni. Mityczna, żarłoczna Ewa, wodzi swego męża na pokuszenie. Kobiecość osiągnęła w niej swój drugi, przeciwny biegun, stając się wyuzdaniem i wulgarnością. To już nie krucha, delikatna istotka, ale wyemancypowana samica. Z tą rolą zmierzyła się Barbara Lubos-Święs. Widzom znającym filmowa wersję dramatu zapewnie mimowolnie nasuną się porównania z Katarzyną Figurą, która w filmie wcieliła się w role Ubichy, tworząc niepowtarzalną i doceniona przez krytyków kreację. Postać stwarzała niesamowite możliwości, przy ogólnym przerysowaniu charakteru, co można by przenieść na płaszczyznę zewnętrzną. Biorąc pod uwagę inne postacie, nawet drugoplanowe, zachwyt budzą dopracowane stroje i elementy ubioru. Charakteryzator mógłby poświęcić głównej kobiecej roli odrobinę więcej uwagi, zwłaszcza, że z pozostałymi osobami poradził sobie znakomicie. Nie wykorzystał do końca potencjału drzemiącego w tej roli, Ubichę można było bardziej określić i uczynić wyrazistszą na tle barwnego korowodu bohaterów.

Wielkim zaniedbaniem byłoby pominięcie Antoniego Gryzika, który wyśmienicie wypadł w swej roli, choć pojawiał się na scenie jedynie epizodycznie. Z rozwichrzonym włosem i nieodłączną flaszką w ręku - car jak się patrzy. Wśród tłumu zjaw jest potężny, wielki i mocarny (zasługa nie tylko fizjonomii wybitnego aktora). Przed walką stoi dumnie, dzierżąc w dłoniach niczym atrybuty władzy soczyste jabłko prosto z nadwołżańskich sadów i butelkę destylatu.

To, co w spektaklu uderza najbardziej, to strona wizualna. Scenografia i stroje nie są tylko zbiorem przypadkowych elementów – na scenie wykreowany został świat, który zewnętrznie jest bardzo spójny, operuje pewnymi symbolami i znakami, które jesteśmy w stanie zidentyfikować. Kreacje bohaterów są przemyślane i konsekwentne, poszczególne ubiory postaci są istnym majstersztykiem. W dobie królującego minimalizmu i oszczędności w środkach wyrazu spektakl Laco Adamika jest doskonałą odtrutką. W wielu sztukach otoczenie i tło grają rolę drugorzędną, a najważniejsze jest słowo. W „Ubu..” wyjątkowo mamy sytuację wręcz odwrotną. Sceny skomponowano w malarski sposób, choreografia jest przemyślana, dopieszczona. Dramat przywraca wiarę w możliwość tych elementów scenicznych, o których czasem się zapomina, gdy idzie o teatr postmodernistyczny, mający często tendencje do odrzucania powierzchownej formy.

Z loży obok można było usłyszeć komentarze, że spektakl był „niezbyt śmieszny”. Trudno uznać ten zarzut za wadę, zwłaszcza dla kogoś, kto z dramatem tym styka się po raz pierwszy. Możliwe, że dla wytrawnych weteranów, ta inscenizacja wyróżniała się od innych jej przedstawień właśnie umiarkowanym dozowaniem widzom humoru i pozostawieniem pewnej niedookreśloności, możliwości własnej interpretacji. Cenny, aczkolwiek nie zawsze doceniany zabieg.

Sam dramat przedstawia historię dosyć oklepaną, realizowaną już wcześniej w rozmaitych wariantach. Niesłabnąca aktualność tej banalnej historyjki ukazuje nam moc archetypów w niej zawartych. Mimo, iż rzecz dzieje się w Polsce, nie powinniśmy odbierać dzieła jako złośliwego pastiszu i kolejnej napaści, mającej na celu obnażyć nasze narodowe wady. Historie takie możemy bowiem spotkać pod każdą szerokością geograficzną, a tyrania i umiłowanie mamony występuje wszędzie tam, gdzie pojawił się homo sapiens. Gdyby dramat rozgrywał się w totemicznej społeczności dorzecza Kongo, jego wydźwięk byłby zgoła identyczny.

Teresa Barańska