|
18.06.2010
|
„Tajemnica szyfru Marabuta” rozpoczyna się jawnie teatralnym prologiem w foyer Sceny Kameralnej, gdzie słuchacze Studium Aktorskiego wbiegają, mieszając się z widzami. Pytają ich, czy nie widzieli gdzieś Glusia, po czym - ubierając kostiumy – przedstawiają swoich bohaterów, nakreślają relacje między nimi i zapraszają publiczność na widownię… Ta metateatralność ma swoją kontynuację – ciotka Fikandra (Tomasz Wołkiewicz), Molesta Zgrzypik (Katarzyna Pawłowicz), opowiada siedzącym w pierwszym rzędzie o tym, jakie lekarstwa są pomocne w leczeniu konkretnych dolegliwości, ptaszysko Tarapat (także Tomasz Wołkiewicz) ze swoimi dziećmi i Glusiem (Marcin Kaleta) wyskakuje znienacka obok jednego z widzów, a Kajetan Chrumps (Grzegorz Grębosz) z Kotem Makawitym (Magdalena Brzózka) zaglądają w twarze publiczności w nadziei, że odnajdą Pućka (także Katarzyna Pawłowicz). Na tym nie koniec – Bromba (Aleksandra Soroko) przeciska się między rzędami foteli, bohaterowie odtwarzają atmosferę, jaka panowała na planie filmu Glusia (widzowie są w tej sytuacji m.in. pudrowanymi aktorami), publiczność odgrywa także ważną rolę w scenie uwolnienia Pućka. Wspaniale, że Dorota Bielska stworzyła spektakl, który nie jest jedynie bajką. Tekst Macieja Wojtyszki zawiera kierowane do dorosłych odbiorców myśli (film eksperymentalny cechuje się tym, że nic nie widać na ekranie, artyści są po to, by wzbudzać podejrzenia, Bromba snuje refleksje filozoficzne na temat własnego bytu, wplatając w nie pytanie Hamleta), ale 20 czerwca publiczność zobaczyła m.in. Brombę, taksującą wzrokiem Glusia i stwierdzającą, że „zmierzyła mu już wszystko”, Makawitego, który śpiewa Kajetanowi swój sonet, prężąc się w czerwonym świetle w rytm odpowiedniej muzyki (aluzja do słynnej sceny z „9 i pół tygodnia”) i Glusia, który po skończonej projekcji ogłasza, że za konsultację muzyczną odpowiedzialni byli Antycyponek i… Kubrick! Magdalenie Brzózce i Grzegorzowi Gręboszowi udało się pokazać w niezwykle wiarygodny sposób „chemię”, istniejącą między Makawitym i Kajetanem. Zapada w pamięć monolog Aleksandry Soroko, która wygłasza go, jedząc jabłko, co nie przeszkadza w rozumieniu wypowiadanego tekstu. Katarzyna Pawłowicz jest rozkoszna jako Molesta Zgrzypik, a wcielając się w rolę starej ciotki, nie ogranicza się jedynie do charakterystycznego gaworzenia, by za chwilę pojawić się jako wymawiający „r” jak „ł” Puciek. Natalia Dzierżawiec gra Malwinkę z dużą dawką uroku i świeżości, a w scenie, w której jej bohaterka płacze, jest naprawdę przejmująca. Tomasz Wołkiewicz świetnie odnajduje się zarówno w konwencji lirycznej (romantyczny, nadwrażliwy poeta Fikander), jak i wówczas, gdy zmienia głos i wciela się w rolę Tarapata. Marcin Kaleta brawurowo gra scenę, w której Gluś opowiada Tarapatowi i jego dzieciom fabułę swojego filmu, jednocześnie nadając jej walor profilaktyczno-edukacyjny – brawa po jej zakończeniu były jak najbardziej zasłużone. „Tajemnica…” – podobnie, jak wcześniej „Mateczka” czy „Mus wiśniowy” – miała za zadanie jak najpełniej zaprezentować wszechstronność słuchaczy Studium Aktorskiego. Niezwykle ważny jest ruch (czwórka aktorów, grających Kameleona, tworzy jedno oddychające ciało), ale także głos (popisowa końcowa piosenka, będąca apoteozą indywidualności). Mogli się również sprawdzić w konfrontacji z publicznością dziecięcą, której reakcje bywają nieprzewidywalne, o czym przekonali się w trakcie niedzielnego spektaklu. Po wyjściu z Teatru w pamięci zostają obrazy (migotliwe światło, dzięki któremu niemal widzimy deszcz spływający po szybie), dźwięki (pojawieniu się Chrumpsa i Makawitego towarzyszy brzmienie saksofonu rodem z filmów kryminalnych), a przede wszystkim – mimo zmęczenia - autentyczna radość zarówno młodych aktorów, jak i realizatorów (Dorota Bielska, Beata Tomczyk, Joanna Pelon). Tomasz Klauza
|