|
15.10.2009
|
„Ja jestem w porządku!” Od czasu, gdy na konferencji prasowej, inaugurującej miniony sezon, ogłoszono, że Tomasz Man pisze na zamówienie Teatru Śląskiego sztukę o Hansie Bellmerze, malarzowi w lokalnej prasie poświęcono wiele stron. Czy w związku z tym da się jeszcze powiedzieć o katowickim surrealiście coś nowego? Po czwartkowym spotkaniu z autorem i reżyserem „Świat jest skandalem” odpowiedź na powyższe pytanie może być jedynie twierdząca. Na początku wrocławski dramaturg – na prośbę prowadzącego spotkanie Tadeusza Bradeckiego – w dużym skrócie nakreślił obecnym na widowni Sceny Kameralnej gościom swój dotychczasowy dorobek. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, jego przewodnikiem po świecie teatru był znany badacz twórczości Witkacego, profesor Janusz Degler. Nic więc dziwnego, że Tomasz Man pracę magisterską poświęcił „Mątwie”. Okazuje się, że „Katarantka” wcale nie była debiutem Mana. Kiedy przeczytał, że Wojciech Jaruzelski zgodził się na wybory (dramaturg w 1989 roku był na pierwszym roku studiów), napisał tekst, dotyczący historii Polski, ale ów dramat zaginął. W związku z tym za jego pierwszą sztukę uznaje się „Niebodrzew”, za którą w 1995 roku otrzymał trzecią nagrodę „Tygodnika Powszechnego” w Konkursie Literackim Młodych Twórców. Mimo, iż pisanie w jego życiu pojawiło się wcześniej niż reżyserowanie (na trzecim roku jako dyplom wystawił „Balladynę”), w pewnym momencie tworzenie dramatów zarzucił na cztery lata. Za swoich mistrzów uważa Szekspira, Becketta i tragików greckich, uwielbia również Dostojewskiego (wykonywany przez Grzegorza Młudzika monodram „Historia pewnej miłości” inspirowany jest „Łagodną”). Zanim dyrektor artystyczny i reżyser zaczęli rozmawiać na temat „Świat jest skandalem”, kilka słów poświęcono „EU”. Niemiecki przyjaciel zaproponował Tomaszowi Manowi, by ten napisał sztukę, w której wspólnota europejska byłaby widziana oczami człowieka z Europy Wschodniej. Reżyser wspominał, że zaobserwował wokół siebie, jak Europa staje się wielkim biurem matrymonialnym – znajomy jest w związku z Francuzką, szwagier z kolei żeni się z Hiszpanką (Helena w spektaklu cytuje credo swojej matki: „Trzeba się kochać – miłość nie zna granic!”). W ten sposób powstała opowieść o szukaniu się ludzi i tym, jacy są śmieszni w owych poszukiwaniach. Skonstruowany na podobieństwo „Korowodu” Schnitzlera tekst składa się z dziesięciu scen, inspirowanych Dekalogiem. „Moralny niepokój” sztuki skojarzył się dyrektorowi Bradeckiemu z „Dekalogiem” Krzysztofa Kieślowskiego (takie porównanie z pewnością stanowi dla Tomasza Mana ogromną nobilitację). Wreszcie nadszedł czas na właściwy temat spotkania. Po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy reżyser podkreślił fakt, że po raz pierwszy pisał dramat o kimś, kto żył naprawdę. Korzystał więc nie tylko z publikowanych w Polsce artykułów na temat Bellmera, literatury niemieckiej i francuskiej, ale także, będąc w Katowicach, rozmawiał na temat malarza z Andrzejem Urbanowiczem (założycielem Towarzystwa Bellmer) i Henrykiem Wańkiem, który znał Bellmera osobiście. Ci, którzy widzieli „Świat jest skandalem”, mogli dowiedzieć się rzeczy, o których nie wspomina się w sztuce. Skonfliktowany z ojcem – nazistą Hans nie wybaczył mu do końca życia (nie był nawet na jego grobie), a dzięki temu, że przed wojną uprawiał artystyczne introligatorstwo w swojej firmie reklamowej, w czasie okupacji – działając w ruchu oporu – zajmował się produkcją fałszywych paszportów. Reżyser nie chciał na scenie pokazywać obrazów Bellmera, ale opowiedzieć o jego życiu, znajdującym odbicie w pełnych przekroczeń pracach. A było ono niełatwe – najpierw konieczność mieszkania pod jednym dachem z ojcem-ewangelikiem, który potrafił powiedzieć synowi: „Obetnę ci palce, jak będziesz dalej rysował!”. Później małżeństwo z chorą na gruźlicę Margaritą – ich związek reżyser określa mianem „posłannictwa”. Spędzili razem siedem lat, a gdy Bellmer zostawił ją bez opieki jedynie na trzy dni (był w Paryżu na konferencji prasowej wspólnie z Bretonem), zmarła. O jej śmierci dowiedział się więc w chwili swojego największego sukcesu artystycznego, a sama scena – zarówno na papierze, jak i w spektaklu – robi naprawdę wstrząsające wrażenie. Okazuje się, że epilog inspirowany jest jedyną książką – będącą w istocie broszurką – Bellmera, czyli „Anatomią obrazu” i opisaną tam „wielością w jedności” (czasem czyjaś barwa głosu czy twarz przywodzi nam na myśl kogoś, kogo już kiedyś spotkaliśmy). Kiedy oddano głos widzom, ktoś zapytał, czy podczas pracy nad spektaklem nie dochodzi do konfliktu między Manem-dramaturgiem i Manem-reżyserem. W odpowiedzi autor „Świat jest skandalem” zacytował któregoś ze swoich pedagogów, który radził mu, by nigdy nie wystawiał własnych tekstów, bo nie będzie mieć do nich dystansu. Tomasz Man powiedział także, że równowaga między autorem i reżyserem jest zachowana, gdy potrafi się zrezygnować z atrakcyjnej sceny na rzecz spektaklu – tak było w przypadku sztuki o Bellmerze, gdzie część dialogów w epilogu została zastąpiona pantomimą. W efekcie trwająca dziesięć minut lektura tekstu na scenie została skrócona do trzech. Jedna z siedzących na widowni kobiet uznała, że scena, w której Bataille opowiada o dziewczynie, masturbującej się w konfesjonale, a wcześniej – cytując ojca-syfilityka – porównuje prostytutkę do Matki Boskiej, obraża jej uczucia religijne. Tomasz Man zaznaczył, że w sztuce wszystkie wypowiedzi autora „Historii erotyzmu” są cytatami z jego pism (m.in. z „Historii oka”, do której Bellmer robił ilustracje). A więc nie są one dziełem wyobraźni autora, ani tym bardziej nie prezentują jego spojrzenia na sprawy, związane z Kościołem czy religią. Bellmer był po prostu antyklerykałem, na co ogromny wpływ miała z pewnością osoba ojca, który uczynił z rytuału modlitwy i całowania rodzinnej Biblii narzędzia represji. Reżyser wspomniał, że nawet, gdy malarz był już ciężko chory, wykonywał wiele telefonów, by mieć stuprocentową gwarancję, że na jego grobie nie będzie krzyża. Ostatnie pytanie dotyczyło tego, czy reżyser odczuwa presję, związaną z nazwiskiem. Rozbawiony Tomasz Man opowiedział, jak to w wieku dziesięciu lat przeczytał „Śmierć w Wenecji” i powiedział sobie: „Nie mogę jechać do Włoch, bo tam wszyscy umierają”. Później były kolejne opowiadania, a także próba zmierzenia się z „Czarodziejską górą” – jako dziesięciolatek nie mógł przez nią przebrnąć, obecnie uwielbia tę powieść. Tomasza Manna stawia w jednym szeregu ze swoimi mistrzami literackimi, którzy – jak to zwykle bywa w przypadku znakomitej literatury – uczą czuć i rozumieć. Ta znakomita puenta zamknęła część oficjalną spotkania - jeśli goście mieli jeszcze pytania do reżysera, mogli podejść i porozmawiać indywidualnie. Część widzów skorzystała z możliwości zamienienia kilku słów z najciekawszym dramaturgiem… młodego czy średniego pokolenia? Kiedy dyrektor Bradecki zapytał Tomasza Mana: „Jakie Ty jesteś pokolenie?”, w odpowiedzi usłyszał okraszone śmiechem: „Ja jestem w porządku!”. Więc niech tak zostanie… Tomasz Klauza
|