08.12.2009
spotkanie z Bogumiłą Murzyńską

Nie wstydzić się zwykłych uczuć

Bogumiła Murzyńska ma w dorobku przedstawienia, tworzące historię Teatru Śląskiego – była m.in. Mariette w „Zmartwychwstaniu”, Reporterką i Nieznajomym w „Śmierci na gruszy”, Kresydą w „Sławnej historii…”, Avril w „Szkarłatnym prochu”, Żoną w „Nie-boskiej komedii”, Barbarą Radziwiłłówną. Później były kolejne role – Królowa Małgorzata w „Iwonie, księżniczce Burgunda”, Nora w „Domu lalki”, Janina Węgorzewska w „Matce”, Marta w „Kto się boi Virginii Woolf?”, Katja w „Walentynkach”. Obecnie można ją oglądać w „Świat jest skandalem” (Matka Hansa Bellmera) i „Poskromieniu złośnicy” (Wdowa). Rok temu miałem przyjemność widzieć aktorkę w „Gąsce”. Grała Aleksandrę, wybitną artystkę, która na scenie występowała wiele lat, a teraz jest zmuszona przebywać w jednym pokoju z Niną – aktoreczką, które nie ma za grosz talentu, posiada za to piękne, dwudziestokilkuletnie ciało, co sprawia, że żaden z mężczyzn w teatrze nie może się jej oprzeć.

8 grudnia podczas spotkania, prowadzonego przez Renatę Janiszewską, opowiadała o tym, czym jest kolęda. Już na wstępie zaznaczyła, że opowieść ta będzie daleka od naukowych wywodów („Ja nie jestem Oskar Kolberg ani profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego”). Wspomniała również, że – mimo, iż będzie mówić o polskiej kolędzie - nie ma nic przeciwko anglosaskim utworom typu „Jingle Bells”, a kolędy irlandzkie uważa za naprawdę piękne. Okazuje się, że początki gatunku sięgają przełomu XIV i XV wieku, kiedy to do Polski przybyli franciszkanie, wykonujący – w trakcie adoracji żłóbka - pieśni kościelne. W kolędzie swoje odbicie znajdowały radości i smutki narodu, było tam również miejsce na treści satyryczne lub polityczne, które, funkcjonując samodzielnie, z pewnością nie zyskałyby akceptacji cenzury. Stąd już blisko do mających zdecydowanie bardziej świecki charakter i nierzadko rubasznych pastorałek (dlatego zakazano śpiewania ich w kościele). Kolędy przede wszystkim prezentują bogactwo kulturowe danego narodu, za ich pomocą można opowiedzieć jego historię, która w przypadku Polski bywała wyjątkowo trudna i bolesna.

Po upadku Powstania Listopadowego tworzono kolędy na melodię „Bóg się rodzi”. Kiedy krwawo stłumiono zryw niepodległościowy roku 1963, powstawały tzw. czarne kolędy – utwory smutne, których nie śpiewano. Podczas spotkania na Scenie Kameralnej Bogumiła Murzyńska pięknie przeczytała „Kolędę syberyjską” – podmiotem lirycznym była rosyjska staruszka, konstatująca na widok przebywających na zesłaniu dzieci: „Taki młody, a już jest Polakiem”. Przypominają się słowa Jacka Kaczmarskiego, który w napisanym na kilka miesięcy przed śmiercią felietonie wspominał koncert z 1981 roku i wzruszenie paryskiej Polonii wykonywaną przez trio piosenką „Wigilia na Syberii”… co ciekawe – powstały na początku XX wieku w Polsce ruch socjalistyczny był nie tylko patriotyczny, ale także katolicki. Nic więc dziwnego, że w pierwszym odcinku „Przeprowadzek” Leszka Wosiewicza, zatytułowanym „Kufer Lilianny”, w jednej ze scen grana przez Małgorzatę Kożuchowską Lilianna Hirsz – walcząca o prawa proletariatu i ścigana przez ochranę – śpiewa fragment kolędy „Bóg się rodzi”, zaczynający się od słów „Podnieś rękę, Boże Dziecię…”. Również za pomocą tej pieśni wyrażano radość o odzyskanej w 1918 roku niepodległości. Wybuch drugiej wojny światowej nieodmiennie kojarzy się z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim i jego „Kolędą warszawską”. Kolędy śpiewano także w łagrach i obozach koncentracyjnych. Bogumiła Murzyńska opowiadała o żydowskim chłopcu, któremu znajomość kolędy „Jezus malusieńki” uratowała życie – pieśń zrobiła takie wrażenie na esesmanie, że pozwolił dziecku odejść. Podobno zdarzyło się także, że podczas jednej z bitew, mającej miejsce w Boże Narodzenie, ktoś zagrał na organkach fragment kolędy. W efekcie walka ustała, a z obu stron okopów zaczęto śpiewać tekst. Grudzień 1981 to stan wojenny, którego synonimem na Śląsku stały się wydarzenia w Kopalni „Wujek”, znajdujące swoje odzwierciedlenie m.in. w „Pasterce 1981” Tadeusza Kijonki. Ten wiersz, a także dziewięć innych tekstów z tomu „Czas zamarły” – m.in. „Pastorałkę grudniową” – opublikowano w „Śląsku” z grudnia 2006 roku.

Wreszcie przyszedł czas na główny temat spotkania – „Kolędę z aktorami”, która w tym roku odbędzie się już po raz 18. Aktorka mówi wprost: rzecz powstała, ponieważ brakowało jej spotkania aktorów przed Świętami. Chodziło nie tylko o to, by pobyć wspólnie z widzami, ale także, by znaleźć w towarzyszącym nam wiecznym pędzie chwilę na podzielenie się opłatkiem i powiedzenie sobie kilku ciepłych słów. Zebrane podczas kwesty pieniądze jak zawsze przeznaczone zostaną na pomoc dzieciom z Pogotowia Opiekuńczego w Katowicach Brynowie. Koncert tradycyjnie otwiera „Wśród nocnej ciszy”, a zamyka – śpiewane wspólnie z widzami „Bóg się rodzi”. Okazuje się, że „Oj maluśki, maluśki” – ulubioną kolędę Jana Pawła II - co roku wykonuje Antoni Gryzik. Panująca podczas koncertu atmosfera musi być znakomita, skoro ubiegłoroczna „Kolęda z aktorami” trwała około dwóch godzin (całość z reguły zamyka się w 80 minutach). Lekturze „Kolędy dziecięcej” Wierzyńskiego towarzyszyło wspomnienie wspólnego występu syna aktorki i syna dyrektora Bogdana Toszy, przebranych za pastuszków.

W opowieści Bogumiły Murzyńskiej było miejsce zarówno na wielkie nazwiska (Gałczyński, Szopen, Skarga, Schroeder, Oppman, Wierzyński, Kochanowski), jak i na bardzo osobiste wspomnienia (ojciec aktorki był jednym z Orląt Lwowskich). Z anegdotą o holenderskim konsulu generalnym, który w czasach głębokiej komuny uznał polską Wigilię za ewenement w skali światowej sąsiadowały refleksje na temat dzisiejszego świata, który – co bardzo dobitnie pokazała wojna w byłej Jugosławii – zapomniał o jakichkolwiek konwencjach wojennych. Ulubioną kolędą aktorki jest „Bracia, patrzcie jeno”, sama pamięta – z czasów, gdy miała 12 lat – chodzących po domach kolędników i czas, gdy w mieście obok siebie stały cerkiew, synagoga, meczet i kościół.

W latach 90. polscy artyści nagrywali albumy z kolędami – wystarczy wspomnieć koncert Jacka Kaczmarskiego „Szukamy stajenki”, „Moje kolędy na koniec wieku” Zbigniewa Preisnera, „Dziś nadzieja rodzi się” Ryszarda Rynkowskiego lub krążki Jacka Wójcickiego („Nie bój się anioła”, „Kolędy polskie”). Również muzycy rockowi tworzyli z myślą o Bożym Narodzeniu – zarówno pojedyncze piosenki (znakomite „Betlejem jest wszędzie” Republiki), jak i całe albumy („Zimowe graffiti” Lady Pank). W ostatnim czasie w naszych sklepach muzycznych pojawiło się kilka świątecznych płyt – „Midwinter Graces” Tori Amos, „If On A Winter’s Night” Stinga, „Christmas In The Heart” Boba Dylana. Reedycja albumu „I Do Not Want What I Haven’t Got” Sinead O’Connor zawierała wykonywaną przez kontrowersyjną wokalistkę kolędę „Silent Night”. Tymczasem Bogumiła Murzyńska zaznacza, że „Cicha Noc” przywędrowała do nas z Austrii i przypomina, że posiadamy równie wspaniałe tradycje, co Zachód. Mało tego – jakże aktualne w czasach emigracji zarobkowej do Irlandii i Wielkiej Brytanii stają się słowa Artura Oppmana: „Choćbym odszedł poza rzeki, / poza góry hen ogromne, / choćbym błądził całe wieki - / Naszej Gwiazdki nie zapomnę. / Nie zapomnę chwili owej, / Co najdalsze serca brata, / Ani pieśni kolędowej, / Choćbym odszedł na kraj świata”. Aktorka przypomniała także, że – mimo, iż żyjemy w wieku, którego synonimem stała się szybkość przepływu informacji w Internecie – nie powinniśmy wstydzić się zwykłych uczuć i wzruszenia przy wigilijnym stole.

Tomasz Klauza